czwartek, 14 września 2023

Relacja z osobą o pozabezpiecznym stylu przywiązania. I co dalej?

 Poprzedni wpis dotyczył tego, dlaczego bycie osobą ważną jest tak istotne w relacji. Obiecałam w tamtym poście wyjaśnić, jak funkcjonuje w związkach osoba cechująca się pozabezpiecznym stylem przywiązania. W skrócie: styl przywiązania określa sposób, w jaki tworzymy relacje z ludźmi. Wiemy też, że relacja dziecko-rodzic/opiekun kształtuje nasz styl przywiązania. Istnieje wiele typologii stylów przywiązania, ale dziś skupmy się na trzech: jednym relacyjnie użytecznym i dwóch relacyjnie nieużytecznych.

Styl użyteczny: styl bezpieczny

(1) Skąd to się bierze?

Źródłem są rodzice (lub jeden rodzic) empatyczni, akceptujący bezwarunkowo (mogą krytykować zachowania dziecka, ale nie krytykują tego, kim/jakie jest dziecko), zaspokajający potrzeby fizyczne i psychiczne dziecka (a nie narzucający mu posiadanie jakiś potrzeb). Zasadniczo rodzic wysyła spójne sygnały: jestem dla Ciebie; Twoje potrzeby są dla mnie ważne; troszczę się o Ciebie; szanuję Cię; jeśli coś nie gra, możesz mi o tym powiedzieć i nic złego się nie stanie.

(2) Efekt relacyjny:

  • dobrze rozwinięta empatia i zdolność współodczuwania (potrafię czuć to, co Ty czujesz w danym momencie);
  • umiejętność zachowania granic w relacji (widzę, co jest dla Ciebie ważne i szanuję to, choć to nie jest ważne dla mnie; Nie złości mnie, że Ty potrzebujesz czegoś innego; Nie złości mnie, że widzisz sprawy inaczej – i tak jestem dla Ciebie),
  • zdolność priorytetyzowania czyichś potrzeb bez poczucia zagrożenia (gdy Twoje potrzeby będą przez chwilę ważniejsze niż moje to nic mi się nie stanie, bo wiem, że to nie zamach na moje potrzeby; Jesteś ważny/a, więc potrafię bez złości na jakiś czas zawiesić swoje potrzeby, bo teraz Ty masz trudny czas);
  • umiejętność dawania wsparcia emocjonalnego i potrzeba dostawania takiego wsparcia (komunikaty wprost: jesteś dla mnie ważna/y; jestem gdybyś mnie potrzebował/a; możesz na mnie liczyć).

Co tu dużo mówić: takie osoby żyją w swoich relacjach długo i szczęśliwie, O ILE zwiążą się z kimś cechującym się bezpiecznym stylem przywiązania...

Ale tu wkraczają na scenę dwa pozabezpieczne style przywiązania. I tu nie będzie już tak milutko:



Styl lękowo-ambiwalentny

(1) Skąd się to bierze?

Źródłem są rodzice (znowu: lub rodzic/opiekun), którzy fundują swoim dzieciom nieprzewidywalność: czasem są bezpieczną bazą, a czasem nie są. Najczęściej to dotyczy rodziców zmagających się z uzależnieniami (matka trzeźwa jest super, ale gdy zaczyna pić to staje się kimś innym, mającym potrzeby swojego dziecka w głębokim poważaniu) lub rodziców z problemami psychicznymi (depresja: matka w czasie leczenia jest bezpieczną i wspierającą przystanią, ale gdy odstawia leki to staje się egocentryczką zwracającą uwagę tylko na swoje potrzeby, co jest zrozumiałe, ale dla dziecka trudne).

(2) Efekt relacyjny:

  • nieustanna obawa, czy związek jest trwały (tropienie sygnałów odrzucenia: czy już masz mnie dość? Czy jestem dość dobra/y, żebyś wciąż ze mną był/a?)
  • zazdrość (lada moment w Twoim życiu pojawi się ktoś/cos, dla kogoś/czegoś mnie porzucisz)
  • tendencja do nadopiekuńczości (jeśli będę dość dobry/a, to mnie nie porzucisz)

Problem: tendencja do zlewania się z drugą osobą (jeśli będę najważniejsza/y, to mnie nie zostawisz) powoduje u drugiej osoby nierzadko potrzebę dystansowania się, co jest odbierane jako sygnał porzucenia, więc pozabezpieczna osoba podwaja swoje starania o nieporzucenie, co pogłębia potrzebę u drugiej osoby do dystansowania się – i błędne koło zaczyna się toczyć.

CO JEŚLI JESTEŚMY W BLISKIM ZWIĄZKU Z TAKĄ OSOBĄ?

ZŁE REMEDIUM: manipulacja. Problem polega na tym, że pozabezpiecznymi osobami łatwo jest manipulować. Manipulacja to zło i nie będę w poszanowaniu inteligencji czytelników tłumaczyć tego, dlaczego tak myślę. Manipulacja tu działająca polega na odgrywaniu roli rodzica: naprzemiennym dostarczaniu bezpieczeństwa (jesteś dla mnie ważna/y) i wycofywaniu tego bezpieczeństwa (są osoby ważniejsze). Taka manipulacja skutkuje falowaniem związku – przybliżamy się i oddalamy, ale potem przybliżamy. Jest to schemat znany osobie pozabezpiecznej, więc łatwo się w nim odnajdzie, ale – nie polecam takiej gry.

DOBRE REMEDIUM: wysyłanie jasnych sygnałów dających poczucie bezpieczeństwa (Bądź blisko mnie, zależy mi na Tobie; Zadzwonię do Ciebie, gdy tylko wyląduję; Zadzwoń do mnie, gdy będziesz tego potrzebował/a; Cieszę się, że jesteś w moim życiu; Nie jesteś dla mnie żadnym ciężarem – cenię to, że Cię mam; Bardzo się cieszę, że się dziś zobaczymy).

Styl lękowo-unikający (czyli, powiedzmy szczerze: relacyjne wyzwanie)

(1) Skąd się to bierze?

Źródłem są rodzice krytyczni (nie akceptuję Cię takim, kim/jakim jesteś); rodzice nie wspierający (zmień się; może zasłużysz na moje uznanie); rodzice zapatrzeni w swoje potrzeby (bądź dzieckiem, które mogę pokochać, a może – być może – zasłużysz na moją akceptację); rodzice nieakceptujący granic i wrodzy (jeśli zrobisz coś, co mi się nie podoba, to zastosuję przemoc fizyczną lub psychiczną).

(2) Efekt relacyjny:

  • niedobór empatii i współodczuwania (emocje rodzica były zagrażające, więc trzeba się trzymać z dala od odczuć innych ludzi; skutek: nie umiem czuć tego, co Ty czujesz);
  • wybitna wrażliwość na sygnały odrzucenia (często pierwszą reakcją na poczucie odrzucenia jest obronna złość: odrzucasz mnie? To spadaj. Nie obchodzisz już mnie, więc mnie nie skrzywdzisz)
  • lęk przed odrzuceniem (jeśli widzę, że trochę się dystansujesz, będę się starać, by odzyskać Twoją miłość; Jeśli mnie odrzucisz naprawdę, będę na Ciebie bardzo zła/y)
  • zmęczenie bliskością (potrzebuję dystansu: gdy jest zbyt blisko, muszę się odsunąć, bo mam schemat mówiący o tym, że bliskie osoby zazwyczaj ranią; Nie umiem funkcjonować w stałej, nieustannej bliskości)
  • kłopot z zależnością (nauczyłem/am się, że każdy powinien polegać tylko na sobie; zależność od innej osoby to słabość, na którą nie mogę sobie pozwolić, bo uzależnię się od osoby, która prędzej czy później mnie skrzywdzi)
  • ważność drugiej osoby jest niebezpieczna (jeśli spriorytetyzuję czyjeś potrzeby, to ta osoba zabroni mi mieć własne potrzeby; jeśli coś komuś obiecam, to ta osoba stanie się ważniejsza ode mnie – a jeśli ktoś jest ważniejszy ode mnie, to z pewnością mnie skrzywdzi; ważne osoby to jednocześnie osoby, które krzywdzą – więc lepiej, aby nikt nie był specjalnie ważny).

CO JEŚLI JESTEŚMY W BLISKIM ZWIĄZKU Z TAKĄ OSOBĄ?

ZŁE REMEDIUM: manipulacja. Takimi osobami dość łatwo jest manipulować, Wystarczy wywołać w takiej osobie poczucie winy za zły stan relacji – ale: uwaga: nie można przesadzić. Należy więc zasugerować, że cierpi się w tej relacji z powodu zachowań pozabezpiecznej osoby – odpali się u niej potrzeba zabiegania o akceptację i lęk przed odrzuceniem (przeproszę Cię za moje zachowanie – czy teraz już jest między nami ok? Powiedz, że już jestem w porządku! Wyjaśnię Ci, dlaczego tak się zachowałam/em! Czy teraz już jest między nami ok? Tak, już jest w porządku... Ufff). Jeśli przesadzimy w generowaniu poczucia winy, to zamiast zabiegania o akceptację uruchomi się opór – jeśli mnie nie akceptujesz to zgiń i przepadnij. Mam Cię dość.

DOBRE REMEDIUM (a tu łatwo nie będzie): staranne poszanowanie autonomii pozabezpiecznej osoby (komunikaty: Czy nie przeszkadza Ci, że …; Czy aby na pewna masz ochotę na...); poszanowanie lęku przed utratą kontroli (Mam poczucie, że nie masz ochoty na ….), poszanowanie lęku przed obwinianiem (komunikaty: Nie winię Cię – po prostu mówię, że coś mi się nie podoba w Twoim zachowaniu).

Pamiętajmy jednak, że styl przywiązania to nie konstrukcja z żelazobetonu – jest ona podatna na oddziaływania terapeutyczne. Może więc, jeśli cechuje nas pozabezpieczny styl przywiązania, utrudniający tworzenie satysfakcjonujących relacji, warto to zmienić?

środa, 19 lipca 2023

O unieważnieniu w związkach, czyli dlaczego czasem relacje dobiegają końca

 Całkiem niedawno jeden z klientów, przepracowujący rozstanie po 15 latach związku, zapytał mnie, co moim zdaniem różni dobre związki od trudnych. Dzisiaj wieczorem bliski znajomy udzielający mi awaryjnej, bardzo potrzebnej i nieplanowanej pomocy (dziękuję!) zapytał mnie dokładnie o to samo i pozwolił mi zapisać z grubsza to, co do niego mówiłam. Oczywiście mogłabym w odpowiedzi na pytanie obu mężczyzn wygłosić miniwykład na temat wielu koncepcji relacji, ale szczególnie bliskie jest mi myślenie mądrego terapeuty relacji, Johna Gottmana . Ten doświadczony praktyk twierdził, że związek (obojętnie jaki – romantyczny, przyjacielski itp.) będzie trwał jako dobra relacja, gdy ludzie są dla siebie wzajemnie ważni. Zgadzam się z Gottmanem – w ważnych relacjach chodzi głównie o to, żeby być właśnie w nich po prostu ważnym.

No i tu pojawia się pytanie: po czym poznać, że ktoś jest dla kogoś ważny?

Moje wieloletnie obserwacje związków podpowiadają masę negatywnych przykładów:

(1) Para kłóci się o to, że ona nie zrobiła zakupów, chociaż ona obiecała, że zrobi, bo on, zwyczajowo robiący zakupy, miał mieć ciężki dzień w pracy i wiadomym było, że padnie po pracy na pysk. Dosłownie padnie. Czy ta para kłóci się o brak żarcia w lodówce? Nie sądzę; chyba że żyje na pustkowiu pozbawionym sklepów całodobowych. Ta para kłóci się, bo ktoś coś obiecał, a potem okazało się, że ta obietnica nie jest nic warta. I zakładamy, że ona nie złamała nogi z przemieszczeniem kości; po prostu w pewnym momencie już nie chciało się jej zrobić zakupów. Albo chciało się jej zrobić coś innego. Więc niech on przejdzie się po te zakupy. Przecież to nic wielkiego.

No coż, z pewnością to nic wielkiego. Ale Gottman ma rację: lekkie, bezrefleksyjne cofnięcie obietnicy to unieważnienie drugiej osoby. To komunikat: nie przywiązuję wagi do tego, co Ci obiecuję. Nie jesteś dość ważny/a, by ważyć słowa i by zwracać uwagę na twoje potrzeby.

(2) Jedno w związku ciągle reaguje na słowa drugiego: „Nie przesadzaj”, „Wyolbrzymiasz”, „Histeryzujesz”. Takie słowa to również nic innego jak unieważnienie drugiej osoby. To przekaz: moim zdaniem czujesz/myślisz głupio”. Czyli: ja myślę mądrze, a Ty nie masz prawa do swoich odczuć. Bo są one inne od moich, a więc głupie.

To też jest unieważnienie.

(3) Ona ma kłopoty w pracy. On nie pyta o te kłopoty, chociaż ją zna i wie, że ona bardzo chętnie się nimi podzieli, o ile będzie zapytana. On myśli: przecież normalni ludzie nie muszą czekać na zachętę, by się podzielić problemami. Będzie chciała, to mi powie.

I czeka, a ona nie mówi, bo ona z kolei czeka na pytanie. I czuje się nieważna, bo on ją przecież od lat doskonale zna, więc skoro nie pyta, to znaczy, że nie chce wiedzieć. To też jest unieważnienie jej osoby w tej relacji.

(4) Ona obiecała mu wyjazd urlopowy, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie co do terminu wyjazdu, bo tak jej wygodniej (przyjaciółka zaproponowała super wyjazd na weekend – kto by sobie darował taką przyjemność?). Ona usiłuje grać niby fair: dopytuje, czy aby na pewno mu to nie przeszkadza. On słusznie czuje się unieważniony samym pytaniem: gdyby on był ważny, to ona znałaby jego samopoczucie, jego ograniczenia, jego tryb pracy, jego obowiązki. Gdyby on był ważny, ona zwyczajnie postawiłaby się empatycznie na jego miejscu. I nie musiałaby zachowywać pozorów empatii poprzez uprzejme pytanie: Czy to Ci nie przeszkadza, że przesunę nasz urlop... Gdyby on był ważny, ona pewnie pojechałaby na weekend z przyjaciółką przeprosiwszy go za to, że świadomie lekceważy jego potrzeby. I jest szansa, że ten związek by przetrwał.




Unieważnienie zdaniem Gottmana dokonuje się więc zazwyczaj poprzez brak empatii, poprzez lekceważenie drugiej osoby (jej emocji, prawa do własnego zdania), poprzez wycofywanie obietnic z błahych powodów itp. Czy unieważnienie oznacza koniec bliskiej relacji? Zazwyczaj (prędzej czy później) niestety tak; mało kto chce być niewidzialny w związku bez ważnej, niejako awaryjnej przyczyny. Dotyczy to każdego rodzaju związków: w tym relacji zawodowych, w których nie lubimy pracować za psie pieniądze bez słowa pochwały. To również jest unieważniające.

Znajomy siedzący obok mnie i podstępnie zerkający na ekran laptopa podpytuje, czy są jakieś czerwone flagi, ostrzegające przed osobami beztrosko unieważniającymi innych... No cóż, oczywiście do takich unieważnień tendencję mają osoby narcystyczne, zapatrzone w swoje ego i swoje potrzeby bez granic i umiaru. Niestety jednak sprawa jest bardziej skomplikowana: ale o tym, jak rozwija się w dzieciństwie (1) niedostatek empatii i jak dorosłe osoby ten niedostatek potrafią sobie sprawnie racjonalizować oraz (2) w jaki sposób rozwijają się nieprzystosowawcze style przywiązania (bo to częsta przyczyna tendencji do unieważnień) będzie traktować następny wpis. Już po moim pracowitym, remontowym gabinetowym urlopie.

Na koniec jedynie krótki i oczywisty apel: nie unieważniajmy siebie nawzajem w realnie istotnych dla nas relacjach. Spójrzmy na drugą osobę przez pryzmat tego, co o niej wiemy: co wiemy o jej schematach działania/myślenia, o jej wartościach, o jej potrzebach. Stanięcie przez chwilę na czyimś miejscu wbrew pozorom nie unieważni nas samych; naszych potrzeb i wartości. Jeśli okaże się, że naprawdę nie potrafimy empatyzować z drugą osobą, nie potrafimy akceptować jej i wspierać takim/taką, jaką jest, to może jednak po prostu warto się rozstać? Fatalny scenariusz, który może podjąć para/relacja, to gra w „Kto kogo unieważni bardziej?”. Skoro ona unieważniła mnie przez odwołanie obietnicy ot tak, to ja też tak zrobię: obiecam i wycofam się bez przeprosin – niech ona zobaczy, jaką to sprawia przykrość (bo, jak już wspomniałam, bycie niewidzialnym jest dla większości osób przykre). Skoro on się mną nie interesuje od tygodnia, to ja nie wykażę zainteresowania też przez tydzień. Gra w unieważnienie dewastuje relację – to nigdy nie działa pozytywnie. Gdyby okazało się, że rozmowa na ten temat nie działa, próby terapii relacji nie skutkują – i tak nigdy nie warto grać. Rozstania lub redefiniowania relacji bywają zazwyczaj przykre, ale czasami (choć tylko czasami) bywają także trzeźwiące.

niedziela, 5 marca 2023

Zaplątani w trójkącie

 To nie jest tekst o trójkątach miłosnych ;) lecz o uwikłaniu relacyjnym. Sugeruję doczytać do końca, jeśli miewasz w swoich relacjach poczucie, że ktoś Cię wykorzystuje, lekceważy, nie szanuje lub na odwrót – zalewa miłością i troską po uszy. Oraz po kokardę.

Uwikłanie relacyjne tworzone jest przez osoby, które przyjmują rolę Prześladowcy, Ratownika i Ofiary.

Są to pojęcia z tzw. trójkątu dramatycznego, którego koncepcja wywodzi się z analizy transakcyjnej. Zgodnie z tą teorią możemy przyjmować jedną z trzech ról:

  1. Prześladowca – broni swoich praw, ignoruje lub umniejsza prawa innych. Nie uznaje perspektywy innych osób. Zazwyczaj głównie bierze – daje niechętnie i tylko wtedy, gdy przy okazji coś zyskuje. Lubi przypisywać innym powody swoich zachowań (Wkurzyłam Cię, ale sam sobie na to zasłużyłeś; Prosisz się o takie traktowanie; Wymagasz czegoś ode mnie, więc będę Cię źle traktować).

  2. Ratownik – niesie pomoc, zadowala innych, z automatu troszczy się i dba. Przekłada potrzeby innych ludzi nad swoje i zapomina o samotrosce. Ma kłopot z mówieniem o swoich potrzebach. Niby lubi też, gdy inni troszczą się o niego, ale rzadko kiedy tego doświadcza (za chwilę wyjaśnię dlaczego).

  3. Ofiara – dzieli się na dwa podtypy: (a) typ „kopnij mnie” - dobrze funkcjonuje wówczas, gdy ktoś traktuje ją/go źle. Daje się wykorzystywać, lekceważyć i naciągać. Manifestuje wówczas złość, ale i tak brnie w toksyczne, nierówne relacje; (b) typ „uratuj mnie” - oczekuje, że inni będą ją/go wyciągać z tarapatów, w które niefrasobliwie wpada. Potrzebuje co chwila pomocy i bardzo chętnie ją przyjmuje. I tu mamy komplikację: można być jednym z typów ofiar, ale można też być Ofiarą podwójną – zarówno pozwalającą się kopać, jak i oczekującą ratunku, gdy czyjeś kopniaki były zbyt silne.


I jak to ma się do tworzenia relacji?

  1. Prześladowca szuka Ofiary. Nie będzie dobrze funkcjonował z Ratownikiem, bo Ratownik (choćby i po jakimś czasie) zacznie jednak buntować się przed kopniakami ze strony Prześladowcy. Ofiara pozwoli się źle traktować, a gdy będzie miała poczucie, że złego traktowania jest za dużo, wypłacze się przed Ratownikiem. I znowu wróci do Prześladowcy.

  2. Ratownik szuka Ofiary, którą będzie sobie otaczać opieką. Jeśli znajdzie Ofiarę typu Kopnij mnie to relacja nie będzie dobrze funkcjonować, bo ten typ Ofiary nie będzie doceniać pomocy ze strony Ratownika. Z kolei jeśli znajdzie sobie Ofiarę typu Uratuj mnie, to przez jakiś czas będą żyli długo i szczęśliwie... aż do momentu, gdy Ratownik sam będzie potrzebował pomocy i nagle zauważy, że nie ma o nią kogo poprosić. Bo Ofiara – nawet jeśli zadeklaruje pomoc – i tak będzie w głębi serca oczekiwać, że Ratownik uratuje się sam. Wniosek stąd taki, że Ratownicy powinni trzymać się razem, ale ciągnie ich do Ofiar...

  3. Ofiarę nęci zarówno Prześladowca, jak i Ratownik. W relacji z Prześladowcą będzie zabiegała o jego/jej uwagę, będzie przyjmowała rzucane jej ochłapy zainteresowania, będzie starała się zadbać o Prześladowcę jak najlepiej. W relacji z Ratownikiem Ofiara pozwoli się ratować do woli, ale szacunku do Ratownika i jego potrzeb żywić nie będzie - bo przecież Ratownik jest w życiu Ofiary od tego, by ratować. Czasem jednak powie Ratownikowi dobre słowo... niech i Ratownik ma chwilę radości.



Oczywiście jest na ten trójkąt proste i nieproste antidotum – wyjście z granej roli.

Prześladowco, daj prawo innym do posiadania wobec Ciebie oczekiwań. Ludzie nie są tylko od dawania Tobie i przyjmowania ochłapów, które im czasem rzucasz.

Ratowniku, zadbaj o siebie. Twoje potrzeby są tak samo ważne, jak potrzeby innych ludzi (a może nawet powinny być dla Ciebie ważniejsze?).

Ofiaro, jesteś wystarczająco dobra/y, by nie dać się źle traktować. Zasługujesz na dobro od bliskich.

poniedziałek, 1 listopada 2021

O trudnej sztuce zarządzania swoimi oczekiwaniami w związkach...

Do napisania tego krótkiego tekstu skłoniły mnie dwie rozmowy z ostatniego tygodnia. Jedna dotyczyła mojej klientki, druga – bliskiej mi osoby. Obie kobiety przeżywały sporo złości i rozczarowania wywołanego tym, że ważne dla nich osoby nie zachowały się zgodnie z ich oczekiwaniami. Bliska mi osoba warczała: No przecież od przyjaciela mogę chyba oczekiwać lojalności?!? Odpowiedź jest niejednoznaczna, jak na psychologię przystało: i tak, i nie. Tak, bo mamy prawo mieć własne i wyraźne upodobania co do cech, jakimi mają się charakteryzować nasi przyjaciele, partnerzy itp. Możemy więc przykładowo cenić sobie lojalność na tyle, żeby chcieć się przyjaźnić wyłącznie z osobami, które zachowują się lojalnie. Ale: to oznacza, że powinniśmy sobie dobierać na przyjaciół te osoby, co do których mamy pewność, że je na tę lojalność stać (co zależy m.in. od cnoty odwagi tej osoby). Jeśli więc wybierzemy sobie nieopatrznie osobę nieodważną na potencjalnego przyjaciela, to przy pierwszej oznace nielojalności możemy oczywiście dać znać, że się nam to bardzo nie podoba – ale nie możemy oczekiwać, że ta osoba magicznie nabierze odwagi i zmieni swoje zachowanie. Człowiek ten przecież może zwyczajnie nie chcieć dla nas podjąć się tego trudu lub mieć poczucie, że nie jest w stanie tego osiągnąć. Trwając z uporem przy swoim oczekiwaniu narażamy się wyłącznie na frustrację i liczne okazje do warczenia. Oczywiście wspomniana tu lojalność stanowi jedynie przykład – można sobie cenić różne cechy osobowościowe, cnoty i wynikające z nich zachowania. Ktoś może słusznie zauważyć, że już sam moment, w którym spostrzegamy, że lubiana przez nas osoba nie ma cech zgodnych z naszymi oczekiwaniami, jest frustrujący i prowadzi do poczucia rozczarowania. Z pewnością tak jest – aczkolwiek to od nas zależy, czy dalej będziemy brnąć z uporem w generowanie nierealistycznego (niestety) oczekiwania, czy też na spokojnie zastanowimy się nad tym, czy jesteśmy w stanie tworzyć bliską relację z daną osobą pozbawioną ważnej dla nas cechy, czy nie – a wówczas pozostaje nam zdystansowanie się wobec tej osoby i pozostanie na przykładowo nieco płytszym poziomie miłego koleżeństwa bez frustrujących oczekiwań. PS. bliska mi osoba, której przeczytałam powyższy tekst, powiedziała: No dobrze, rozumiem, ale tak zdystansować się jest cholernie trudno. No bo nikt nie powiedział, że praca nad swoimi nierealistycznymi oczekiwaniami będzie łatwa... ;)

piątek, 21 maja 2021

Slow sex: w kilku słowach z perspektywy seksuolożki

         Faktem jest, że wiele osób uskarża się na zbyt szybkie tempo życia. Dinozaury takie jak ja, pamiętające życie powolne wiedzą, że pospieszne tempo zawdzięczamy wielu zjawiskom: m.in. nieznanej kiedyś wieloetatowości (mało kto 30 lat temu pracował ponad 10 godzin dziennie) lub poddaniu się postępowi technologicznemu. Przykładowo: pojawiły się maile i komunikatory zastępujące tradycyjną korespondencję pocztową. 30 lat temu wysyłano list – on szedł sobie pocztą, szedł, szedł... a potem nikt nie oczekiwał, że odpowiedź listowną otrzyma w ciągu godziny, bo list zwrotny znowu szedł, szedł, szedł... Byliśmy przyzwyczajeni do czekania i wolnego tempa realizacji życia.

Potem życie gwałtownie przyspieszyło, a jeszcze później zmęczyliśmy się tym pędem. Pojawiła się moda na wszystko slow (powolne): gotowanie (wydobywające głębię smaku i zachowujące wartości odżywcze), podróżowanie lub po prostu życie.

Slow sex wbrew nazwie nie jest wynalazkiem współczesnym i nie musi być koniecznie powolny. To seks świadomy, uważny, nastawiony na doświadczanie, a nie na szybką drogę do seksualnego szczytu. Nie był on nigdy w pełni obecny w naszej kulturze: katolicyzm za cel seksu stawiał prokreację, nie zaś doświadczanie intymności. Szybkie życie wprowadziło do seksu zadaniowość, ocenianą liczbą „odhaczonych” orgazmów.

Uważny seks polega na doświadczaniu drugiej osoby wszystkimi zmysłami. To także skupienie na swoich odczuciach, pragnieniach. Takie współżycie tworzy swoisty mikrokosmos dwóch osób – liczy się tylko ta chwila, to doznanie, współdzielona intymność, trwanie we wspólnym uniesieniu.



Takie podejście do seksu wywodzi się z taoizmu i tantryzmu. W tantryzmie akt seksualny jest traktowany jako powtórzenie kosmicznego aktu pierwotnej pary boskiej, a zmierza ku wyzwoleniu energii. To właśnie tantryzm traktuje seks jako drogę, wymianę energii, która ostatecznie prowadzi do przeżycia orgazmu totalnego, będącego li tylko zwieńczeniem drogi. Świadomy seks bywa tu właśnie powolny, wymagający kontrolowania oddechu i nastawiony na unikanie szybkiego orgazmu. Techniki seksualne z taoizmu i tantryzmu przeniknęły do seksuologii – stanowią nierzadko elementy treningów behawioralnych stosowanych w terapii wielu problemów seksualnych.



Współczesny slow sex opiera się na świadomości swoich potrzeb – wsłuchaniu się w swoje pragnienia, które podpowiedzą, czy dzisiaj potrzeba nam intensywnej namiętności, czy też spokojnego doświadczania wrażeń zmysłowych. Opiera się on także na żywym zainteresowaniu dla pragnień drugiej osoby, jej zmysłowości. Wyklucza on bylejakość – nieuważność, zaprzątanie myśli codziennymi kłopotami, odbieganie od „tu i teraz”. Zaczyna się od wyciszenia telefonów i poświęcenia się w całości przeżywaniu kontaktu ze swoim ciałem i ciałem drugiej osoby. Później liczą się wszystkie zmysły i zgodne z potrzebami budowanie i narastanie napięcia. Nie ma tu „polowania” na orgazm, nie ma potrzeby sprawdzenia się czy wykazania. Nie ma lęku o idealny wygląd, o nadmiarową fałdkę tłuszczu, o nie dość umięśniony tors, o rozmiar członka czy biustu. Jest bycie razem w najbardziej intymnym i erotycznym doznaniu, w zgodzie na naturalność dźwięków, zapachów i smaków.



niedziela, 31 stycznia 2021

Wywiad: o roli opiekuna starzejącego się rodzica

 

Bez zbędnych psychologicznych wstępów zapraszam do przeczytania krótkiej rozmowy z osobą opiekującą się na stałe swoim starzejącym się rodzicem.

MG: Opowiesz mi o roli osoby opiekującej się starzejącym się rodzicem z początkami choroby dementywnej. Nazwałaś to kiedyś rodzicielstwem w wersji hard?

X: To jest hardcorowe rodzicielstwo, bo rodzic jednocześnie funkcjonuje jak dziecko 4-5letnie, a jednocześnie chce być nadal osobą dorosłą i rodzicem.

MG: Możesz podać jakieś przykłady? Jak to widzisz?

X: Przykładów jest mnóstwo: rodzic bez chwili zastanowienia podejmuje decyzje będące wynikiem jego chwilowych pragnień (np. chcę dać kotu coś, czego koty absolutnie jeść nie powinny to dam; jestem dorosła i nie będziesz mi niczego zakazywać). Z drugiej strony: nie podejmuje decyzji, które kiedyś by samodzielnie podejmował (np. pytam, co chcesz na obiad. Dostaję odpowiedź: sama wymyśl coś, co będzie mi smakowało). Inny przykład: rodzic oczekuje troski i oddaje mi kontrolę, ale na swoich warunkach. Wyobraź sobie: rodzic prosi mnie, abym go zarejestrowała do np. ortopedy. Wyszukuję lekarza i oznajmiam,że idziemy do pani X. Wówczas wybucha protest: Do niej nie pójdę. Ok. To do kogo mam Cię zarejestrować? Nie wiem, poszukaj kogoś innego. To może się powtórzyć wiele razy. To męczy. Gdyby to dotyczyło mojego dziecka, to po prostu zarejestrowałabym je i tyle. Dlatego twierdzę, że to rodzicielstwo hard.



środa, 6 stycznia 2021

Statystyki rozwodowe z punktu widzenia terapeuty związków

 

Statystyki rozwodowe są zastanawiające: rozwodzi się obecnie w Polsce trzykrotnie więcej par niż w 1990 roku. Najczęściej rozwodzą się osoby pomiędzy 40. a 50. rokiem życia. Dlaczego często rozstają się właśnie 40-latki? Przede wszystkim dlatego, że:

  • dzieci podrosły i pary przestają się tak bardzo obawiać skutków psychologicznych rozwodu dla odchowanych już nastolatków,

  • czas nie działa na korzyść źle dobranych i/lub źle funkcjonujących związków. Wraz z upływem czasu nierzadko traci się nadzieję, że związek da się uratować. Upływ czasu uwidacznia także nierozwiązane problemy, często narastające latami.

  • nierzadko kluczowe staje się poczucie środka życia – towarzyszy mu wzrost odwagi do podjęcia trudnej decyzji i poczucie, że żyje się tylko raz i nie warto tkwić w źle dobranym lub wypalonym związku.