Minęły walentynki, minął dzień miłości własnej, wyrażającej się troską o siebie i stawianiem granic bez agresji i poczucia winy. Zdrowa miłość własna to cicha, stabilna relacja z samą/samym sobą – nie potrzebuje ani ciągłego potwierdzania z zewnątrz, ani umniejszania innych. Bazuje ona na realistycznej samoocenie oraz podejmowaniu odpowiedzialności za siebie i swój wpływ na innych. Miłość własna to także autentyczność zamiast autoprezentacji - zgoda na bycie nieidealnym/ną, brak potrzeby potwierdzania swojej wartości. Zdrowa miłość własna w jednym zdaniu to: „Jestem dla siebie ważny/a i jednocześnie inni też są ważni.”
Czy można jednak przesadzić w miłowaniu siebie? Oczywiście, że można, jak we wszystkim. Nadmiar miłości własnej bywa równie ciężkostrawny jak nadmiar pączków w tłusty czwartek ;)
Osoba nadmiernie miłująca siebie:
konsekwentnie stawia swoje potrzeby, emocje i komfort ponad relacjami z bliskimi ludźmi,
nie bierze odpowiedzialności za wpływ, jaki ma na drugą osobę,
traktuje bliskość jako jednostronny zasób, a nie wzajemną wymianę.
Relacje takiej osoby przybierają kształt “na wezwanie”: osoba jest obecna, gdy ma na to ochotę, nie bacząc na potrzeby bliskich (komunikaty: „Teraz nie mam przestrzeni na Twoje sprawy.”; „Nie pomyślałem/am, żeby zapytać, jak u Ciebie.”).
Brak jest wzajemności i troski - zaangażowanie w relację rzadko przejawia się tu pytaniami o samopoczucie i inicjatywą w podtrzymywanie kontaktu (komunikaty: Nie zapytałem/am, bo uznałem/am, że sobie poradzisz.”; „Nie pomyślałem/am, że to dla Ciebie ważne.”).
Nadmiernie kochający siebie stosują obronę zamiast odpowiedzialności. Gdy druga osoba sygnalizuje, że coś ją dotknęło, pojawia się tłumaczenie, przerzucanie odpowiedzialności oraz skupienie się na własnych intencjach, a nie na skutku (komunikaty: „Miałem/am prawo skupić się na swoich emocjach.”; „To nie było przeciwko Tobie.”).
Wspomniane już wcześniej granice “działają” tylko w jedną stronę. Osoba zbytnio skupiona na sobie oczekuje, że jej granice będą respektowane, ale nie respektuje granic drugiej strony (komunikaty: „Czuję presję, gdy czegoś ode mnie oczekujesz.”; „Nie chcę się czuć obciążony/a.”).
Oczywiście zawsze warto o powyższych zachowaniach rozmawiać, ale kochający siebie za bardzo po takich rozmowach najczęściej nie korygują swojego zachowania - wzorzec się powtarza, a odpowiedzialność pozostaje po jednej stronie (komunikaty: „Taki już/jaka już jestem.”; „Musisz to zaakceptować.”).
Pozostawianie w relacji romantycznej, przyjacielskiej lub bliskiej rodzinnej z osobą nadmiernie kochającą siebie prowadzi do częstego poczucia bycia osobą nieważną, emocjonalnego zmęczenia, a także przeżywania wątpliwości, czy nasze potrzeby są „uprawnione”, a nierzadko także do stopniowego wycofywania się lub narastającej złości.
Czasami zdarza się tak, że to proces terapii wiedzie do nadmiaru miłości własnej. Dobrze prowadzona terapia powinna moim zdaniem uczyć rozpoznawania własnych potrzeb, mówienia „nie”, ochrony siebie przed nadmiernym obciążeniem. Problem pojawia się, gdy granice stają się narzędziem unikania relacji i nie towarzyszy im refleksja nad wpływem na innych. Nierzadko w terapii osoba przyswaja pojęcia takie jak „regulacja emocji” i „prawo do swoich uczuć”, ale może ich później używać bez empatii, jako tarczy przed konfrontacją (komunikaty: „Miałem prawo skupić się na swoich emocjach.”; „Nie mogę brać odpowiedzialności za to, jak się czujesz.”). Ponadto niektóre nurty (lub style pracy terapeutycznej) skupiają się silnie na autonomii, samorealizacji i indywidualnych celach. Jeśli brakuje równoległej pracy nad relacyjnością, może dojść do zawężenia perspektywy do własnych przeżyć i spadku wrażliwości na innych. Efekt?
Relacje zaczynają być oceniane wyłącznie przez pryzmat: „czy mi służą”, a jednostka ma mniejszą gotowość do inwestowania w trud budowania relacji. Jeśli terapeuta zbyt rzadko pyta o wpływ na relacje, nie konfrontuje racjonalizacji i wzmacnia narrację „masz prawo, kropka”, klient/tka może utwierdzić się w postawie egocentrycznej i stracić (lub osłabić) zdolność do autorefleksji relacyjnej.
Podsumowując: terapia może w dobry sposób prowadzić do większej autonomii i większej odpowiedzialności, lepszego stawiania granic i większej empatii, a także umiejętności powiedzenia „nie” oraz „przepraszam”. Czerwona flaga to sytuacja, w której u danej osoby im więcej pojawia się „ja”, tym mniej jest „my”. Terapia może więc sprzyjać nadmiarowej miłości własnej, jeśli granice zastępują relacyjność, a „prawo do siebie” wypiera odpowiedzialność za innych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz